Menu

Bądź Mistrzem Swojego Życia

Piszę o sobie, swoich doświadczeniach, przebudzeniu, poszukiwaniu i odkrywaniu siebie oraz celu mojego życia. Każde doświadczenie przekuwam w lekcje. Dzięki ludziom uczę się życia.

29 - Nie żałuj tej straty

lucyferia.m

21100263_10214256340382944_913215752_n1

Normalnie nazywamy to okropną wadą, a w naszym świecie – cieniem. Cień to cecha negatywna, czasem głęboko skrywana i nieświadoma, która często rządzi naszym zachowaniem i decyzjami. Uświadomiony, namierzony i zaakceptowany cień może zostać oswojony, a w konsekwencji przetransformowany. Nie da się przed nim uciec, ani nigdzie schować. Jedynie możemy wyjść mu naprzeciw, stanąć oko w oko i nazwać go. Tak zaczyna się oswojenie. Każdy z nas ma jakiś cień. Może to być szpiegowanie, nadmierna kontrola, obsesja, chorobliwa zazdrość, osaczanie i inne tego typu. Największym cieniem według mnie jest strach. To on rządzi nami najbardziej.

Z własnymi cieniami świadomie mierzę się od około dwóch lat. Trzem nadałam imiona. Od tego czasu mam świadomość ich istnienia we mnie. Kiedy rządzi nami cień to tak, jakby działać według wgranego zawirusowanego programu. Wydaje się nam, że wiemy co robimy, mamy to pod kontrolą, jesteśmy pewni efektów, ale później okazuje się, że znów coś poszło nie tak, a efekt jest daleki od zamierzonego. To właśnie jest działanie według nieświadomego oprogramowania.

Regularnie proszę o prowadzenie, o to by przyszły sytuacje i osoby, które mnie nakierują i czegoś nauczą. Za każdym razem, kiedy to się dzieje mam gorsze dni, jest mi źle i smutno, ale zawsze przychodzi olśnienie. Zawsze. Bo ci ludzie i sytuacje przyszli po to abym właśnie coś zrozumiała, czegoś się nauczyła. Nagle uświadamiam sobie coś, jakby konkluzję z wydarzeń, które miały miejsce. Czasem to jest jak pacnięcie w czoło – ale serio? Tak, serio. I potem uczucie smutku znika. Przerobione – odhaczone.

Od jakiegoś czasu wiedziałam, że mam w sobie kobietę-bluszcz. Zastanawiałam się co to właściwie znaczy. Nigdy przecież nie ograniczałam partnera, nie wisiałam na nim, nie żądałam spędzania ze mną każdej minuty. Więc o co mogło chodzić? Za cel postawiłam sobie wolność. Cokolwiek by to nie znaczyło. Okazało się, że wolność, aby komukolwiek ją dać trzeba mieć ją w sobie, samej sobie ją dawać. I w ogóle pojęcie o wiele szersze niż przypuszczałam. Kiedyś usłyszałam: macie jedną wspólna cechę – osaczacie, dlatego ten związek ma marne szanse. Od tego zdania zaczęło się główkowanie nad problemem. Pierwszym obrazem, czy też myślą, jakie do mnie dotarły było, że nawet jeśli bym z nim była, to on nigdy nie będzie mój. Będzie z tych wymykających się, im bardziej będę chciała mieć go tylko dla siebie tym bardziej on będzie uciekał. Błysk. Aha. Jakiś czas później wpadło nagle pytanie – ale jak to tylko dla siebie? Ale jak to: mieć? Ja nigdy nie miałam przecież takich myśli. Może miałam tylko nie wiedziałam? Bo ten facet wydawał mi się tak cenny, że chciałam go po prostu schować. No i jasne – schować czyli osaczyć. I skąd w ogóle takie myśli mi przyszły skoro podobno czegoś takiego w sobie nie miałam. Cień został znaleziony, nazwany, wyciągnięty na światło świadomości i od tej pory zaczęły powoli przychodzić sytuacje, które mi go pomogły oswajać. Ten mężczyzna był inny od tych, których do tej pory spotykałam. Widziałam jego niezależność, jego nieangażowanie się, brak emocjonalności. I to chyba o to chodziło. Ja czułam, że on nie chcąc się angażować będzie bardziej niezależny. On nie chciał, nie miał potrzeby tak po prostu z kimś blisko być. Bo być blisko to oznacza, że na kimś ci zależy, a jak zależy, to ktoś cię może zranić, a jak zrani to cierpisz. A kiedy jednej osobie zależy bardziej jest nierównowaga, która prowadzi do brania na siłę: uwagi, akceptacji, czasu i miłości. Osaczanie. Było mi o tyle łatwiej, że ja to przerabiałam „na sucho”. Nie weszłam w ten związek, więc nie musiałam fizycznie przez to przechodzić. Ale i tak to poczułam i tak musiałam to przerobić i efekt ten sam.

Później przyszła świadomość, że ten gluciak – jak go nazwałam – to takie macki, taka chęć posiadania kogoś za wszelką cenę. Kiedy mi się to włączyło, na Boga? Siedziałam sobie półtora roku w „związkowej” ciszy, bez facetów, energia się czyściła, układała, było mi dobrze. Jak wyszłam „na światło” to się zaczęło. Zaczęli pojawiać się mężczyźni – na chwilę. Na długość dwóch czatów, jednej rozmowy, jednego załatwienia sprawy. I to wtedy tak naprawdę zaczęłam zauważać w sobie gluciaka. Jak się nad tym zastanowiłam, to ja znałam w sumie to uczucie. Nie zauważałam go w sobie, ale znałam. Jeśli jakiś on obiecał, że napisze i nie napisał – nerwy. Jeśli jakiś on zaczepił i nie kontynuował – nerwy. Jakieś tworzenie historii, której w ogóle nie ma. Co żesz... co to jest? Przecież ja tego nie miałam. No nie miałam, bo kiedyś mężczyźni byli zawsze naokoło mnie. Zawsze byłam adorowana, zawsze o mnie ktoś zabiegał. To był naturalny element rzeczywistości. I nagle okazało się, że ich nie ma. Nie ma mężczyzn. Nikt na mnie nie patrzy, nikomu nie zależy - wręcz pojawiają się i znikają. Ale to jeszcze nic: pojawiali się tacy, którzy mnie nie chcieli. MNIE? NIE CHCIEĆ? To już było potrójne no żesz ty....!!! A tak – właśnie tak. Doświadczyłam odrzucenia na żywo!

Dziś wiem, że był to bardzo ważny czas w moim życiu, ponieważ nauczył mnie czegoś bezcennego – doceniania tego, co się ma i co przychodzi. Najpierw walczyło ego. Ego zawsze walczy o zachowanie własnego status quo. Broni starego programu, starych przekonań, czyli znanej sobie rzeczywistości. W życiu wygląda to tak, że w pewnych sytuacjach, które nas spotykają jeśli rzeczy nie dzieją się tak, jak tego oczekujemy i nie tak jak zawsze to odczuwamy niepokój, strach a w konsekwencji cierpimy. Tak naprawdę sami sobie to robimy. To nie wina TEGO mężczyzny ani TEJ kobiety. To my tak wybraliśmy według zawirusowanego programu, na którym funkcjonujemy. Z powodu tego programu właśnie wybieramy alkoholika, kogoś kto nas odrzuci, kogoś kto nas nie doceni albo kogoś kto nas wykorzysta itd. Później przychodzi czas na refleksję, że wszyscy faceci są tacy sami (nieprawda), że faceci to świnie (nie wszyscy), że wiedziałam, że tak będzie, bo faceci zdradzają (nie wszyscy) itp. Krąg się zamyka i historia się powtarza. Ten inny mężczyzna w moim życiu uosabiał wiele negatywnych cech, których „na trzeźwo” w życiu bym nie zaakceptowała, ale pierwszy raz, właśnie wtedy, tak bardzo się zaangażowałam uczuciowo i emocjonalnie. Nigdy wcześniej nie czułam takiego pociągu seksualnego. To było jak rollerkoster bez trzymania. Coś wewnątrz mówiło mi cichutkim głosikiem: tak trzeba, musisz przez to przejść, tego doświadczyć, będzie lepiej. Ale ja chciałam tylko jego, chciałam tego doświadczyć, wejść w to wbrew rozsądkowi. Ale nie było mi to dane. Bardzo to przeżyłam. I właśnie wtedy usłyszałam: nie żałuj tej straty. To dopiero początek. Jak to nie żałuj tej straty, gdzie we mnie wszystko wyło i buntowało się. Ja tego chciałam. Wtedy też odkryłam w sobie lęk. To spłynęło na mnie nagle – jak zwykle oświecenie w ułamku sekundy. Zobaczyłam ten strach i go nazwałam. Zdałam sobie sprawę dlaczego tak bardzo trzymałam się moimi myślami, snami i emocjami mężczyzny, którego już dawno nie było (zresztą to co się wydarzyło między nami to było kilka rozmów w czasie kilku spotkań). Tak – ja się bałam. Poczułam to każdą komórka ciała – bałam się, że to co do niego poczułam, to jak go widziałam i to kim się dla mnie stał, już nigdy więcej mi się nie przytrafi, że już mnie to nie spotka. Dlatego bałam się go puścić. Puścić z własnego umysłu. Ten żal i strach zdominowały mnie. To były właśnie macki gluciaka: zatrzymać, posiadać, nie dzielić się równa się szczęście. A to wcale nie tak. Ośrodek szczęścia leży wewnątrz nas, nie na zewnątrz.

Wtedy też zaczął się powolny proces detoksykacji. Zaczęłam od tego, że postanowiłam przekonać samą siebie, że nie on jeden jest taki na świecie. Że są inni, lepsi, bardziej odpowiedni, poukładani itd. Proces trwał i pewnego dnia poczułam, że to prawda. Obudziłam się z wewnętrznym głębokim przekonaniem, że pozwalając mu odejść dałam miejsce czemuś naprawdę wartościowemu. Potem to się przełożyło na wszystko inne. Coś chcę, ale nie mogę tego mieć? Ok, bo to nie dla mnie. Ja po prostu uwierzyłam, że wszystko co do mnie przychodzi, jest najlepsze dla mnie. Sama ta wiara jest trudna – ja wiem. Bo to jak zaufać temu czemuś niewidzialnemu – to jakby ktoś ci zasłonił oczy i powiedział: no idź – przed tobą jest niewidzialna lina, ale na bank przejdziesz i nie spadniesz – zaufaj. I ja to zrobiłam. Wbrew rozumowi, wbrew ego, wbrew rozsądkowi. Po prostu zrobiłam pierwszy krok na owej niewidzialnej linie. Zaufałam i uwierzyłam, że mam ochronę, że mam prowadzenie i że wszystko co przychodzi nie przydarza się MNIE tylko DLA MNIE.

Zdanie: nie żałuj tej straty stało się moją mantrą. Dziś nie muszę jej już nawet powtarzać przy sytuacjach, które to pokazują, bo stała się ona moim wewnętrznym przekonaniem. Czasami jeszcze zdarza się, że jeszcze przez chwilę czuję takie rwanie wewnętrzne, taki żal, że coś odchodzi, znika, że nie moje – ale wtedy bardzo szybko uświadamiam sobie, że to stary program, że tej aplikacji już przecież nie ma, tylko taki odcień został. Wtedy spływa taka pewność, że skoro to coś odchodzi to znaczy, że tak jest dla mnie lepiej, tylko, że ja o tym jeszcze nie wiem. A czy ja muszę wiedzieć? Nie cała wiedza jest mi potrzebna do tego by szczęśliwie żyć. Potrzebne jest mi tylko to, że wszystko co mam i wszystko co przyjdzie da mi naukę i szczęście. To z kolei pozwoli mi się dalej rozwijać, rozumieć więcej, lepiej pomagać innym.

Nauczyłam się patrzeć na sytuację na pierwszy rzut oka niekorzystną dla mnie, w zupełnie inny sposób. Dostrzegam potencjały tego co przychodzi, jakby Góra mówiła: a czy tak nie będzie lepiej? Nie spieram się Szeroki uśmiech. Tak, tak na pewno będzie dla mnie lepiej.

 

 

 

 

© Bądź Mistrzem Swojego Życia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci