Menu

Bądź Mistrzem Swojego Życia

Piszę o sobie, swoich doświadczeniach, przebudzeniu, poszukiwaniu i odkrywaniu siebie oraz celu mojego życia. Każde doświadczenie przekuwam w lekcje. Dzięki ludziom uczę się życia.

38 - Jestem perłą

lucyferia.m

 

p3141125

Właśnie skończyłam oglądać Pretty woman. Nie pamiętałam szczegółów, więc był on dla mnie jak premiera. Nie zadziwi chyba fakt, że się uryczałam na nim nieziemsko. Dobrze, że jest tam happy end, bo jak nic byłaby trauma gotowa. Ale nie o tym. Raczej o przemianie w perłę. Już jakiś czas temu przyszło do mnie zrozumienie, że każdy z nas jest wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny. Czemu tego nie zauważamy? Bo na siebie nie patrzymy. Nasz fokus skierowany jest w inną stronę: na innych ludzi, ich życie, ich doświadczenia. Zauważamy, jaki ktoś jest, bardzo celnie umiemy go ocenić, podsumować i wydać werdykt. Tak naprawdę za każdym razem, kiedy surowo kogoś oceniamy, to oceniamy samych siebie. Im bardziej kogoś krytykujemy, tym większą krytyką obdarzamy samych siebie. To podświadome. Łatwiej żyć w iluzji i cierpieć, niż zmierzyć się z samym sobą. A nikt inny bardziej nie potrzebuje naszej uwagi niż my sami. Zaniedbujemy siebie samych, a potem cierpimy i nie wiemy dlaczego. Każdy kto poświęcił nawet minimum uwagi zagadnieniu rozwoju osobistego lub duchowego wie, że nie da się żyć w szczęściu bez zdrowego egoizmu. Poświęcanie się czemuś (dla czegoś) lub komuś to tylko wymówka, aby nie przyglądać się samemu sobie. Bo wtedy trzeba zmierzyć się z przeszłością, ranami, bólem, tym, że sami sobie nie odpowiadamy, że nie podobają się nam nasze nogi, włosy, biodra, brak mięśni, małe piersi itp. To widać na pierwszy rzut oka. Poprawiamy zatem urodę, jak to tylko możliwe. Dla kogo? Czy na pewno dla samych siebie? Nie mam tu na myśli różnego rodzaju deformacji ciała, które wymagają operacji. Chodzi o to, że łatwiej zmienić wygląd niż go zaakceptować. Dlaczego przychodzi to z takim trudem? Ano chociażby dlatego, że nikt nas tego nie uczył. Od samego początku większość z nas przechodzi przez zakazy i nakazy w rodzinie i szkole, przez podcinanie skrzydeł, które to podcinanie wynika z troski o nasze dobro (po co ci to, nie ma sensu tego robić, na pewno się nie uda itp). Potem bojąc się ryzyka żyjemy w tzw cotton ball odbijając się od ścian i nie realizując, a tym samym nie spełniając siebie. Tak naprawdę, kiedy każdy z nas spojrzy na siebie oczami miłości i akceptacji, to zobaczy własne zalety i potencjały. Ale większość z nas nie usłyszała słów zachęty wypowiadanych z miłością i akceptacją. Rodzice kochali nas jak umieli, dali nam to co sami otrzymali, dlatego dziś nie dziwi fakt, że mało kto nauczył się naprawdę kochać. Stąd tak naprawdę wyrastają wszelkie inne problemu w życiu – z braku miłości. Będę tendencyjna, ale powiem, że z braku miłości ludzie nie wierzą, że ona w ogóle istnieje. A skoro w ogóle nie istnieje to znaczy, że nie ma co jej szukać czy starać się o nią. Więc żyją życiem zastępczym, tworząc szczęście z tego co maja pod ręką, i łatając je potem czym popadnie. Powstaje paczwork, który i tak wcześniej czy później rozchodzi się w szwach. I kolejny szok i rozczarowanie: ale jak to? I dramat i łzy, i zawód i gorycz. Bo to wszystko to praca na powierzchni jest i łatanie doraźnych dziur. Ale to się nigdy nie udaje. Owszem, można przeżyć życie jak karaluch pod kamieniem. Ale czy naprawdę o to chodzi?

Znam ludzi, których życiorysy i doświadczenia życiowe oraz kolejne wybory powaliły mnie emocjonalnie i mentalnie na łopatki. Ledwo się podniosłam. Po skołowanej głowie plątały mi się pytania: ale jak to? Jak można tak żyć? Jak można świadomie skazywać się na życie minimalne, kiedy tak naprawdę można mieć wszystko. Ale sami sobie to prawo zabieramy, a potem mamy pretensje do innych ludzi, że są szczęśliwi. Sami stawiamy opór, aby dobre rzeczy do nas przychodziły (m.in. z powodu przekonań, że nie jesteśmy dość dobrzy, aby to dostać, że nie zasługujemy, bo kim my właściwie jesteśmy, a własne poczucie wartości oscyluje gdzieś około 1 w skali do 10). Dlatego jeszcze raz powiem: spójrzmy na siebie, nie na innych. Każdy z nas bez wyjątku dostał coś unikatowego, co jest nam potrzebne, aby zapewnić sobie szczęście i dobrobyt. Nie jesteśmy w stanie tego dostrzec tak długo, jak długo będzie oślepiał nas blask cudzych sukcesów, a gorycz zazdrości będzie zalewać nasze serca. To się nie uda. Coraz wyraźniej zauważam blokady, jakimi ludzie się otaczają. Jakie mury wokół siebie budują. A po cóż to robią? Żeby nie cierpieć. Ból emocjonalny, ból serca jest nie do zniesienia i ja się wcale nie dziwię. Jednak niepodjęcie próby przejścia przez to, skazuje nas na życie bezpieczne, ale jednocześnie powodujące narastanie w nas zgorzknienia, nienawiści do innych, a w konsekwencji przyjścia chorób. Wypracowaliśmy sobie rewelacyjne życia zastępcze: pracoholizm („przeciez kocham swoją pracę”), alkoholizm („to tylko jedno piwo wieczorem dla relaksu” - codziennie!), jakieś hobby („jakoś trzeba sobie czas zapełnić”), wieczna pomoc zagubionym duszom w rodzinie i wśród przyjaciół. Wszystko pięknie, tylko, że tak naprawdę nikt z tych osób nie odczuwa prawdziwego lekkiego dziecięcego szczęścia. Jeśli nie ma miłości w sercu do samego siebie, to nie ma tej radości i tego szczęścia, którego tak wszyscy poszukują. Podziwiam tych, którzy uparcie twierdzą, że to bzdura. Podziwiam za upór, jak bardzo odmawiają temu szczęściu, aby przyszło do nich samych. Stawianie oporu kosztuje najwięcej energii. Obserwuję perfekcjonizm, jaki towarzyszy ich zastępczemu życiu. Wszystko, byle jak najdalej od samego siebie.

Ja dość długo walczyłam z tym, że mogę być w luźnym związku i że mi to odpowiada. Jak się później okazało, jednak nie odpowiada. Nie chciałam zaakceptować pewnych oczywistych faktów, aż narósł we mnie konflikt wewnętrzny. Zależało mi na mężczyźnie z którym się spotykałam. Bardzo lubiłam i doceniałam w nim cechy, których zawsze w mężczyznach szukałam. On je miał. To, co urzekło mnie najbardziej to było jego dojrzałe podejście do własnej seksualności oraz pewien rodzaj dojrzałości życiowej, która sprawiała, że można było na nim polegać. Ufałam mu. Były jednak rzeczy, których mimo kilku prób z mojej strony nie mogłam już dłużej akceptować. W końcu podjęłam bardzo trudną dla mnie decyzję.

Zdarzyło mi się to dwa razy, że chciałam i byłam gotowa dać moją miłość akceptującą i bez oczekiwań. Dlaczego się nie udało? Bo dawałam ją komuś otoczonemu murem, kto po prostu nie chciał. W Tarocie jest jedna karta, która to rewelacyjnie obrazuje: 4 kielichów. Mężczyzna siedzi pod drzewem z założonymi rękoma, ma trzy kielichy obok siebie, czyjaś ręka daje mu czwarty, ale on go nie chce. Odwraca się od niego. Po prostu nie chce i już. Mnie się to nie mieściło w głowie, że tak w ogóle można: nie chcieć miłości. W końcu zrozumiałam to, dlaczego tych dwóch mężczyzn nie wyciągnęło ręki po czwarty kielich, który im dawałam. Nie wierzą, że prawdziwa miłość istnieje, nie jest ona ważna, właściwie nie ma jej na ich liście priorytetów życiowych no i nauczyli się, że z tego są same problemy. Tylko, że prawdziwa miłość nie przynosi żadnych problemów.

Mój świat wewnętrzny zmienia się. Azymut ustawiony mam na rozwój i spełnienie, stąd powstał konflikt, który zaburzał mi osiągnięcie mojego celu. Byłam niespełniona emocjonalnie i duchowo, a w konsekwencji sfrustrowana. Przyjrzałam się sobie wówczas uważniej. Zdjęłam dłoń z oczu, gdzie przez palce patrzyłam na mój związek. Kiedy to zrobiłam, zobaczyłam, że jestem po prostu nieszczęśliwa, ponieważ nie chcę spojrzeć prawdzie w oczy. Taki związek mi nie odpowiada. Chcę być Z kimś, nie OBOK kogoś. Kiedy to sobie uświadomiłam, wiedziałam, co chcę zrobić. Dojrzałam już do tego, aby odpowiedzieć sobie na pytania: czego potrzebuję od związku, jaka jestem, co da mi spełnienie. Wtedy też temat perły domknął się na ostatni guzik. Ten, kto zobaczy to we mnie, kto odkryje mój unikalny kod nie będzie się obawiał mojej miłości. Nie biorę już do siebie ani na siebie czyjegoś strachu przed bliskością, lęku przed zranieniem, bo ja ich nie odczuwam. Jestem buntowniczką i ryzykantką. I już.

Ja, ty, on, ona oraz oni jesteśmy perłami. Każdy z nas jest wyjątkowy, ponieważ mamy unikalny zestaw cech potrzebnych nam w tym życiu oraz jedyny wzorzec, taki właśnie indywidualny kod duszy, który sprawia, że nie ma dwóch takich samych egzemplarzy na ziemi. Jeśli zobaczysz tę perłę w sobie, inni również ją dostrzegą. To naturalne. Dlatego zawsze zaczynamy od siebie.

Proces akceptacji samej siebie, zrozumienia i pokochania siebie jest dla mnie długi i trudny. Mam w sobie jakiś straszny opór. Widzę go coraz wyraźniej, ale jak to ja – nie poddaję się. Z każdym dniem przychodzi coś nowego, nowe spostrzeżenia i odkrycia. Ja też przeszłam przez cierpienia, ale nic nie jest w stanie sprawić, abym uwierzyła, że miłość nie istnieje. Mimo doznanego bólu jestem otwarta i gotowa wejść w relację akceptując wliczone w to ryzyku, ponownie się sparzyć bądź zawieść, ale wiem, że to będzie wtedy kolejna lekcja, z której wyciągnięte mądrości przybliżą mnie o krok bliżej do celu.

Moją pasją jest komunikacja międzyludzka i pisanie. To oraz kilka innych rzeczy sprawia, że jestem jedyna taka. Jestem jedyną taką perłą. Wystarczy mi, że ja to widzę. To jest kolejny początek. Celem mojego życia jest spełnienie siebie w każdej sferze życia. Wiem, że to pomoże mi pomagać innym. Wiem już, że można żyć szczęśliwym życiem bez ograniczeń w zgodzie ze sobą i całym światem. Dostrzegając w sobie to, co cudowne i jedyne wkraczasz na ścieżkę samoakceptacji i prawdziwego szczęścia. Bohaterka filmu wspomnianego na samym początku odkryła w sobie perłę, którą w rzeczywistości od zawsze była. Należało to tylko dostrzec. Ja jestem PERŁĄ, i TY też nią jesteś.

 

© Bądź Mistrzem Swojego Życia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci